CashfulnessCashfulness
Dołącz do bety
Foundation

Trzy rzeczy, których Cashfulness nigdy nie zrobi

31 lipca 20269 min

Zwykle aplikacja przedstawia się, wyliczając wszystko, co potrafi.

Lista funkcji. Strzałki w górę. Rzeczy, które — jak obiecują — odmienią Ci życie.

Dziś chcę zrobić odwrotnie.

Chcę opowiedzieć o trzech rzeczach, których Cashfulness nie robi. I to nie dlatego, że jeszcze do nich nie doszliśmy albo że kiedyś je dodamy.

O trzech rzeczach, których celowo postanowiliśmy nie robić nigdy.

Robię to, bo wierzę, że aplikację — tak jak człowieka — lepiej się rozumie po tym, czego odmawia, niż po tym, co wystawia na wystawę.

Funkcje da się skopiować. Rezygnacji nie. Rezygnacja jest wyborem, a wybór mówi, kim jesteś.

Trzy rezygnacje, które opisuję niżej, mają jedną cechę wspólną. Żadna nie jest ograniczeniem technicznym w rodzaju „nie udało nam się”. To trzy wybory wartości. Trzy drzwi, które mogliśmy otworzyć, które wielu otwiera, a które my zamknęliśmy na klucz od środka.

Opowiem o nich po kolei.

Raz. Nie będziemy Tobą manipulować

Zaczynam od najbardziej niewygodnej, bo o niej mówi się najmniej.

Mnóstwo aplikacji — nie tylko finansowych — jest zaprojektowanych tak, żeby popychać Cię do rzeczy, których na chłodno byś nie wybrał.

Te techniki mają nazwę: dark patterns. Tłumaczę ją, bo używam jej po raz pierwszy: to „mroczne wzorce”, układy interfejsu zbudowane po to, żeby kierować Twój wybór tam, gdzie opłaca się twórcy aplikacji, a nie Tobie.

Przycisk „akceptuj wszystko” duży i kolorowy, a ten do odmowy schowany małą czcionką, szarym na szarym. Rezygnacja z usługi zakopana na dnie sześciu menu. Komunikat, przez który czujesz się winny, gdy odmawiasz — „nie, dziękuję, nie zależy mi na oszczędzaniu”. Odliczający zegar, żebyś zdecydował, zanim pomyślisz.

To wszystko sposoby na przesunięcie Twojej decyzji drobnym popchnięciem, o które nie prosiłeś.

W aplikacji do finansów osobistych coś takiego byłoby jeszcze bardziej trujące. Bo dotyka Twoich pieniędzy i dotyka Twoich lęków.

Pomyśl, jakie to byłoby proste.

Powiadomienie zbudowane po to, żeby wzbudzić lęk: „Wydajesz za dużo!”, na czerwono, najlepiej w niedzielny wieczór. Otwierasz aplikację z sercem w gardle — a to jedno uderzenie serca więcej jest dokładnie tym, co pewne modele biznesowe nazywają „zaangażowaniem”.

Migająca liczba, przez którą czujesz się w tyle za wszystkimi innymi.

Komunikat, który popycha Cię w stronę produktu do kupienia, przebrany za przyjacielską radę.

My tego nie zrobimy. Nigdy.

Powiadomienia w Cashfulness są tylko dwóch rodzajów i żaden z nich nie istnieje po to, żeby Cię przywiązać.

Są powiadomienia ogólne, informacyjne — komunikaty serwisowe.

I są powiadomienia osobiste, powiązane z realnym stanem Twoich rachunków: „do zamknięcia budżetu zostało pięć dni i jesteś w linii.” Użyteczna informacja, we właściwym momencie, a gdy trzeba — zawsze z propozycją rozwiązania obok. Nigdy wykrzyczany alarm. Nigdy „wróć, tęsknimy”.

Zasada, którą sobie postawiliśmy, to jedna linijka i zależy mi, żeby zapisać ją w całości: aplikacja nigdy nie pisze do Ciebie dlatego, że to nam potrzeba, żebyś ją otworzył. Pisze tylko wtedy, gdy potrzeba tego Tobie.

Za tą odmową stoi powód zasadniczy.

Manipulacja i spokój nie mogą mieszkać w jednej aplikacji.

Jeśli Cię popycham, to Cię wzburzam. Jeśli Cię wzburzam, odbieram Ci dokładnie to, po co Cashfulness istnieje. The calm side of money to nie slogan do postawienia na stronie: to obietnica, która pęka przy pierwszym powiadomieniu zbudowanym po to, żeby przyspieszyć Ci puls.

Dlatego manipulacja nie jest funkcją, której zaniechaliśmy dodać. To drzwi, których otwarcie zawaliłoby całą resztę.

Dwa. Nie będziemy grywalizować Twoich pieniędzy

Druga rezygnacja jest kuzynką pierwszej, ale ma weselszą twarz. I właśnie dlatego myli bardziej.

Znasz te aplikacje, które zamieniają oszczędzanie w grę?

Dni z rzędu, w które zmieściłeś się w budżecie, z dorozumianą obietnicą, że nie przerwiesz serii. Odznaki do odblokowania. Wirtualne monety. Poziomy do zdobywania, jakby prowadzenie domowego budżetu było rozgrywką.

Techniczna nazwa to grywalizacja: branie mechanizmów z gier wideo — punktów, nagród, sekwencji, których nie wolno przerwać — i stosowanie ich do czegoś, co grą nie jest.

Wygląda na przeciwieństwo manipulacji, bo jest kolorowa i uprzejma. W rzeczywistości to ta sama rzecz w sympatyczniejszym ubraniu: służy trzymaniu Cię przy ekranie.

Te mechanizmy nie mierzą Twoich pieniędzy. Mierzą Twoją obecność. Nagradzają Cię za to, że wróciłeś, a nie za to, że masz się lepiej.

I przesuwają Twoją uwagę z danej, która naprawdę się liczy — ile warte jest to, co masz, minus to, co jesteś winien — na wynik, który aplikacja wymyśliła.

Pierwsza liczba jest Twoja. Druga jest jej.

Weźmy szybki przykład, żeby różnica była widoczna.

Marek ma w takiej aplikacji serię trzydziestu dni „budżetu dotrzymanego”. Jest dumny z tej liczby. Pewnego wieczoru jest zmęczony, w podróży, i żeby nie przerwać serii, księguje wydatek na oko, byleby postawić ptaszka.

Ten gest nie sprawił, że jest bogatszy o jedno euro. Ochronił jedynie wynik punktowy, który istnieje wyłącznie wewnątrz aplikacji.

My nie grywalizujemy. Żadnych serii, żadnych odznak, żadnych punktów, żadnych poziomów, żadnych rankingów — nawet przeciwko sobie samemu sprzed dnia.

Jeśli opuścisz tydzień, nic nie tracisz. Nie ma serii, która się zeruje, nie ma zamku, który się wali. Twoja liczba wciąż tam jest i spokojnie czeka na Twój powrót.

Wyrazów uznania jest w Cashfulness niewiele i są rzadkie, a powiązaliśmy je z faktami prawdziwymi: kiedy pierwszy raz kończysz inwentaryzację swojego majątku albo kiedy osiągasz budżet, który sam sobie wyznaczyłeś.

Cała różnica leży właśnie tam. Grywalizacja nagradza Cię za zachowanie: wróciłeś. My uznajemy wynik: zrozumiałeś, gdzie jesteś.

Głębszy powód jest prosty i dla mnie poważny.

Twoje pieniądze nie są grą.

Są narzędziem, którym kupujesz sobie czas, wolność, możliwość wyboru. Decyzja, ile odłożyć, czy zmienić pracę, jak naprawdę stoisz — to decyzje dorosłe. Zasługują na spokój i uwagę, nie na światełka i fanfary.

Napisałem o tym cały osobny tekst, bo było dużo do powiedzenia: dlaczego nie grywalizujemy Twoich pieniędzy. Tutaj wystarczy mi ustalić jedno: to wybór, a nie zapomnienie.

Trzy. Nie będziemy zaglądać w Twoje dane

Trzecia rezygnacja leży mi na sercu najbardziej ze wszystkich. I to ona najmocniej odbiega od zwyczajów branży.

Finanse osobiste to miejsce, gdzie trzymasz rzeczy, o których niechętnie mówisz nawet przyjaciołom. Ile naprawdę zarabiasz. Ile odłożyłeś albo jak niewiele. Dług, który ciąży bardziej, niż się przyznajesz.

Jeśli choćby podejrzewasz, że ktoś, gdzieś, mógłby na to zerknąć, nigdy nie wpiszesz tych liczb w całości. A aplikacja finansowa, przed którą milczysz o połowie, na nic się nie zda.

Dlatego zbudowaliśmy Cashfulness tak, żebyśmy nie mogli zaglądać. I tu waży jedno konkretne słowo: nie zaglądać to co innego niż nie móc zaglądać.

„Nie zaglądamy” to obietnica dobrej woli: zaufaj, że jesteśmy porządni.

„Nie możemy zaglądać” to obietnica niemożliwości: nawet gdybyśmy chcieli, nie damy rady.

Wybraliśmy tę drugą i wybraliśmy ją na dwa wzajemnie wzmacniające się sposoby.

Pierwszy dotyczy tego, kim jesteś. Przy rejestracji nie pytamy Cię o imię, nazwisko, numer identyfikacyjny, datę urodzenia, adres, telefon. Prosimy o pseudonim — jaki chcesz, choćby fantazyjny: „Kapitan”, „Żagiel”, co Ci przyjdzie do głowy — o e-mail i o hasło. Swoje konta nazywasz tak, jak Ci wygodnie — „Konto bankowe”, a nie „Konto Jana Kowalskiego”.

Dzięki temu nawet ktoś, kto miałby dostęp do danych księgowych, zobaczyłby jakiś pseudonim z kontami i ruchami, ale bez sposobu na powiązanie tych liczb z prawdziwą osobą, którą jesteś.

Drugi sposób dotyczy dokumentów, które wgrywasz: wyciągów bankowych, rachunków, umów, polis. To materiał najdelikatniejszy — pełen imienia i nazwiska, adresu, kwot.

Na tych dokumentach stosujemy zabezpieczenie, które nazywa się szyfrowaniem end-to-end: zanim plik opuści Twój telefon albo komputer, zostaje zamieniony w blok nieczytelnych znaków. Wyrusza już w takiej postaci. Na nasz serwer dociera szum i szumem pozostaje. Czytelny staje się z powrotem wyłącznie na Twoim urządzeniu, kluczem, który rodzi się u Ciebie i nigdy stamtąd nie wychodzi.

Konsekwencję powiem najostrzej, jak potrafię.

Twoich dokumentów nie możemy odczytać my, którzy zbudowaliśmy aplikację. Nie może ich odczytać ten, kto zarządza serwerami. Nie odczytałby ich napastnik, który pewnego dnia włamałby się do naszych systemów: zostałby z plikami, z których nic nie wyciśnie.

Nie dlatego, że obiecaliśmy być porządni. Dlatego, że celowo odebraliśmy sobie możliwość, żeby porządni nie być.

Jest tu uczciwa cena i wolę powiedzieć Ci o niej sam: jeśli zgubisz hasło, a do tego słowa odzyskiwania swojego klucza, te dokumenty staną się nieczytelne na zawsze — także dla nas. Nie istnieje przycisk „zapomniałem wszystkiego, odeślijcie mi pliki”. To druga strona medalu zamka, do którego nie mamy zapasowego klucza.

I jest konsekwencja wykraczająca poza technikę: nie profilujemy. Nie analizujemy Twojego zachowania, żeby Ci coś sprzedać, nie budujemy Twojego handlowego portretu, nie przekazujemy Twoich liczb osobom trzecim.

Nie dlatego, że jesteśmy lepsi od innych. Dlatego, że postanowiliśmy, iż Twoje dane nie są naszym produktem. Naszym produktem jest narzędzie. Twoje liczby zostają Twoje.

O tym, jak te dwie warstwy działają razem — tożsamość bez nazwiska i zaszyfrowane dokumenty — napisałem osobno, bo temat zasługuje na miejsce: radykalna prywatność, dwie warstwy i jedna obietnica. Tutaj wystarczy zdanie, które streszcza wszystko: Cashfulness nie wie, kim jesteś, nie czyta Twoich dokumentów, nie rozumie Twoich liczb. Klucze masz tylko Ty.

Dlaczego manifest na przeczeniu

Może zastanawiasz się, czemu postanowiłem przedstawić Ci Cashfulness, wychodząc od trzech „nie”.

Bo „nie” to trudna część.

Dodać funkcję jest łatwo i zwykle opłaca się twórcy aplikacji. Jedno popchnięcie więcej trzyma ludzi przyklejonych. Jedna seria więcej sprawia, że wracają. Jedną daną więcej da się odsprzedać.

Odmówienie temu wszystkiemu kosztuje. Oznacza rezygnację z dźwigni, które działają — naprawdę działają, dlatego są wszędzie. Oznacza zbudowanie produktu nieco cichszego, nieco mniej „lepkiego”, który na pierwszy rzut oka zdaje się nawet robić mniej niż alternatywy.

Zgodziliśmy się na to, bo te trzy rezygnacje spina jedna nić.

Nie będziemy Tobą manipulować, bo chcemy, żebyś decydował głową, a nie trzewiami, które Ci wzburzyliśmy.

Nie będziemy grywalizować Twoich pieniędzy, bo chcemy, żebyś patrzył na prawdziwą daną, a nie na wynik, który sobie wymyśliliśmy.

Nie będziemy zaglądać w Twoje dane, bo chcemy, żebyś pisał prawdę, bez wątpliwości, czy ktoś nie podgląda.

Nić jest wciąż ta sama. To różnica między narzędziem, które pracuje dla Ciebie, a usługą, która pracuje na Tobie.

Prawie wszystko w dzisiejszym świecie cyfrowym pracuje na Tobie: przechwytuje Twoją uwagę, formuje ją, odsprzedaje. Cashfulness chce być po drugiej stronie. Neutralnym narzędziem, które daje Ci Twoją współrzędną — Twoje wyznaczanie pozycji, czyli ile warte jest to, co masz, minus to, co jesteś winien — a potem schodzi na bok.

Nie sprzedajemy Ci produktów finansowych. Nie bierzemy prowizji od tego, co robisz ze swoimi pieniędzmi. Nie mamy żadnego ukrytego interesu w liczbie, którą widzisz.

Dajemy Ci współrzędną. Kurs wybierasz Ty.

Te trzy rezygnacje nie zmienią się z kolejną wersją aplikacji. Nie są etapem ani obietnicą na start, którą wyprze się, gdy przyjdą naciski, żeby rosnąć za wszelką cenę.

Są podłogą. A podłogi, jeśli jest zrobiona dobrze, już się nie rusza.

Zapisałem Ci je tutaj, czarno na białym, także dlatego: żebyś mógł je zatrzymać i rozliczyć mnie, gdybym którejś z nich kiedyś sprzeniewierzył.

To się nie stanie. Ale słusznie jest, żeby obietnica była zapisana, a nie tylko wypowiedziana.

— Vittorio